napięcie

zacięła się przy goleniu nadgarstka. tak mówi. nie wierzę.
jedno małe nacięcie. potem drugie. kolejne. jakby wspinał się
pijany po szczerbatej drabinie. drży powieka.

chłonie uśmiech. znowu wciąga w płuco. stoi przede mną na pięcie. chyli.

gdzieś na pogórzu mała droga. szersza w miarę opadania w las.
w wąwozie wielkie błoto. woźnica załamuje ręce. wóz stoi. chyli.
znowu wciąga w płuco. klnie.

powiśle żyje ciszą. dnieje. noc się chyli. skrzy się karmin drabiniasty. pęcznieje.

Reklamy
napięcie

przyjacielu zastygły w reszcie moich wspomnień o zagranicy duszy
które linieją na wietrze upadają w noc
szarzeje skóra zaziębiam
knykcie

rozwodnienie albo wolnienie

wszystko z bezdźwięku
jak z bezzębia brzdąca ząb.
co w nic gdy widoczne
tylko coś? tajemne porozumienie.

ja ostatnio w odkryciach. woda oczyszcza
gdy pozwalam na łzy. gdy wolno puszczają
mnie cienie. olśnienie. gdy rozpływam ból
rozterkę lęki wpuszczam odwagę czułość
siłę natchnienie. wiem nigdy nie byłem sam. wolnienie.

i świadomość. sens. płakałem w autobusie. publiczny prysznic. jak zaśpiewamy wodę

rozwodnienie albo wolnienie

więcej przestrzeni


nadal rwę włosy przez sen (choć mniej), nie ma tu twojego imienia
– przecież cię zostawiam twoim nieprzyjmowaniem. bezdomni.
chcę mieć maszynę do pisania. taki scalak mojego chaosu.
jesteśmy magmą. nikt mi nie powie o tobie nic pewnego. także ty.
zmiany kreślą mi się łuną nad lasem. czemu lubię zapach spalenizny? ożywia?

chcę mieć maszynę do pisania na dębowym blacie w małym gabinecie.
wypisać siebie. stukotem maszynopisu zbudować monolit mojego przesilenia
– wznieść się na gruzach. ukuć strukturę naszych przepływów.

zgrzytami splot wiosennych przejaśnień.

więcej przestrzeni