haszpital

czy jesteś zadowolony ze swojego życia moje półmiejsce pod parasolem pięknej i szereg kapot zmężniałych i dwa kilo drożdży w mielonce dojazdowej warszawskiej zapach szarości strudzonych wylądowałem w szpitalu dla niesamodzielnych obok gabki ona nie ma spodni ja nie mam jaźni zsiądę się w zendo jeżeli poczekasz na swój pociąg do mnie ja posiedzę w mojej przesiadce

bóg chałupa romansidło ortalion buduar zegar wieliczka miętus owoc alikwot zapalniczka konnica yerba jeszcze

Reklamy
haszpital

amebofony

dopadł mnie dziś ambiwalentny rozpad na ból światem czyli odrealnienie wobec tego świata bo choć jest co jest to jednak się jawi i ładna ta ale iluzja

oraz wzruszenie poczuciem obecności lub nadbycia lub poczucia uwznioślenia czyli odrealnienie wobec tego świata bo choć jest co jest to jednak się jawi i ładna ta ale iluzja

i gdy mam o tym myśleć słowami to myślę twoimi słowami sprzed kilku dni gdy patrzyłem na kości wymarłych ssaków w gablocie i może trochę zakurzonym wygarniętym z półki Dehnelem bo człowiek to takie zwierzątko człowiek samotne i cierpiące garnące się do gromad i przyjemnienia

w tym świecie ambiwalentnie rozpadniętym na takie nam niebliskie i bliskie sprawy i porachunki złożonym ze szczebli czy innej konstrukcji po której wspina się życie albo inny mój opis pragnący trafić w sedno czyli odrealnienie wobec tego świata bo choć jest co jest to jednak się jawi i ładna ta ale iluzja

amebofony mieszkają w woskowinie
proszę nie jedzcie moich uszu

amebofony

128 duchów

w nowiu tej nocy
oku cyklonu martwa cisza
i my w tej jaskini już nie pośród cieni
wokół nas lwy
Chrystus nie czeka
On stoi u drzwi i kołacze
gdzie nas prowadzisz szalona wróżko
tam noc chłód zgiełk obcych mocy
suchy wiatr cyklonu znad pustyni
w jego oku martwa cisza
nie spadnę tam ponownie
wyciągnij mnie wyciągnij mnie wyciągnij mnie
i może więcej by koszmarny sen minął
cel ale nie ten
ambicja
gdzie więc prowadzisz swoich adeptów
głośna hrabino sokole nad naszymi
głowami wietrze znad pustyni astralu bezwględnie
sto dwadzieścia osiem duchów północy na twoje skinienie i rząd dusz w orszaku
kto ma uszy niechaj słucha
żegnaj wróżko tutaj już nie moje miejsce
żegnaj i niech dobry Bóg ma cię w swojej opiece
żegnaj z podziękowaniem za doświadczenie
żegnaj
taka moja wola taka prośba
dokonało się

128 duchów

.mbw

#!/usr/bin/niebojajmario

import sys

def main():
print  ‚zbawia mnie rozczarowanie’, sys.argv[1]

if __maria__ ==  ‚__main__’:
main()

roz-czarowanie
od-czarowanie
za-czarowanie
rozczochranie!
chlanie / chrapanie / wciągaj
pythona i nie afiszuj się przy ludziach
bo i tak nie
rozumieją będą mieć do ciebie żal
a ty poroniony czas mario
na bezproduktywną
bezcelową miałką
ewangelizację
pochowają cię w swojej pamięci obok
a czy to ważne

mgłę noszę w plecaku bo nie palę
dżointów więc mogłem z płuc relokować
ją do tej odbarwionej torby z uszami
na moich plecach

ktoś posądzi mnie o słuch absolutny
a to głuch znaczy moja wyobraźnia
i krztyna charyzmy

ty jesteś maria wy-mięta
chowasz nasz kardamon
i guzik z porcelany w gaciach
dobrze że nie mówisz tego na głos
bo ktoś cię móg
by uz nać za dzi wacz kę którą
if __maria__ == '__main__':
main(?)

takie to już
z-         bytki
za-         bytki
u-             bytki
przy-      bytki
od-        bytki
kopytki!

jem mięso mario
czule pieszczę je swoim podniebieniem
podczas oglądania wideoklipu z rzeźni
w witkowicach ale słaby tam bit jest
długo to nie trwa
mają procedury
zmieniam bieg na pochód z wczoraj poznaną
białorusinką na krakowiskim niemieściu
i na przekór stad spod pałacu z dudym
prezydentem idziemy a ona taka neurotyczna
czasami się nie odzywa
częstuje bezmięsnie
opowiada o wipasanie

za długo już się z tobą nie widziałem mario
tak tutaj teraz u mnie cicho
nie śpię druga w nocy
na wolnej wszechnicy
szczelnie zamknięte okno
nieżujękoki

rozpamiętmój
main(mam ochotę na piwo)

.mbw

wierszyk_2

przyszłaś do mnie a dzień jak co dzień
w tym śnie kolorowym by rozgrzać
marzenia o końcu świata i z powrotem

nie malujesz teraz powiek żadną kreską
oczy twoje zawieszone gdzieś w bezprzestrzeni
(jaśnieją nimi moje myśli że można by czytać książkę)
budzę się wielokrotnie i któryś raz już jestem
na wyspie w Gabrielni choć nie wchodzę w
buty rozbitka

czasami motyle w brzuchu przestają być
dla mnie mitem (najczęściej w nie uparcie
nie wierzę) a czuję wobec ciebie
szczere powiązanie i pasję i

jeszcze pada
wokół to wszystko takie spokojniejsze
w szumie tysięcy kropel

wierszyk_2

wierszyk_1

w zastaw odkładam na bok
obłe obłoków boki
z moich myśli ulepione
(i takie one nieraz odklejone).
zawędram się na łąkę
i drzewa co cień pożyczają
tutaj razem ze mną.
gnę sobą wielomętny pętlę niekończonego czasu

rozmarzymy się w puszczę! ja prowadzę
w spokój. pójdź ze mną

a na niebie horyzonty wielu światów
ich tu nie ma.
sprowadzamy się w zieleń obecności
(rozgrywa się świerszcząca muzyka)
to ta łąka.
malarz ma sny
o końcu świata

gaśnie ostatnie widzialne światło.
widzę twoje oczy.
ciepło

wierszyk_1