jestem pusty. wypadły mi z ręki, z kosza posypały się sny kolorowe. poronione zbawienie na płótnie wymiętym gracją ułożenia się w pion. stoik ze mnie teraz

nie kocham

tak się teraz przyzwyczaję

nazwała je: “wierszyki”

Reklamy

litha

cisza w gaju na pustyni
czy jest z nami Jezus
przewodnia studnia lustro
naznaczam cię małym kółkiem
tańczą z nami obłędni
majaczymy a oni z nami
cisza w gaju na pustyni
pędzą wielbłądy obłędni
narasta mi w głowie chmura
na pustyni makiem nie siejesz
to nieobyczajne
grzechotki i skorpiontniki
wirują w oczach kagańce
szalone tańce
mojej babci maryjne różańce
tańczą i kleszczą puszczą nieobecną
nazwiesz mnie swoim
wędrując po stokach moich zakrzywień
zostaniesz obłędnie
choć nie wiesz
to zaufasz
ty jesteś
jam jest
eśmy

litha

napięcie

zacięła się przy goleniu nadgarstka. tak mówi. nie wierzę.
jedno małe nacięcie. potem drugie. kolejne. jakby wspinał się
pijany po szczerbatej drabinie. drży powieka.

chłonie uśmiech. znowu wciąga w płuco. stoi przede mną na pięcie. chyli.

gdzieś na pogórzu mała droga. szersza w miarę opadania w las.
w wąwozie wielkie błoto. woźnica załamuje ręce. wóz stoi. chyli.
znowu wciąga w płuco. klnie.

powiśle żyje ciszą. dnieje. noc się chyli. skrzy się karmin drabiniasty. pęcznieje.

napięcie

rozwodnienie albo wolnienie

wszystko z bezdźwięku
jak z bezzębia brzdąca ząb.
co w nic gdy widoczne
tylko coś? tajemne porozumienie.

ja ostatnio w odkryciach. woda oczyszcza
gdy pozwalam na łzy. gdy wolno puszczają
mnie cienie. olśnienie. gdy rozpływam ból
rozterkę lęki wpuszczam odwagę czułość
siłę natchnienie. wiem nigdy nie byłem sam. wolnienie.

i świadomość. sens. płakałem w autobusie. publiczny prysznic. jak zaśpiewamy wodę

rozwodnienie albo wolnienie

więcej przestrzeni


nadal rwę włosy przez sen (choć mniej), nie ma tu twojego imienia
– przecież cię zostawiam twoim nieprzyjmowaniem. bezdomni.
chcę mieć maszynę do pisania. taki scalak mojego chaosu.
jesteśmy magmą. nikt mi nie powie o tobie nic pewnego. także ty.
zmiany kreślą mi się łuną nad lasem. czemu lubię zapach spalenizny? ożywia?

chcę mieć maszynę do pisania na dębowym blacie w małym gabinecie.
wypisać siebie. stukotem maszynopisu zbudować monolit mojego przesilenia
– wznieść się na gruzach. ukuć strukturę naszych przepływów.

zgrzytami splot wiosennych przejaśnień.

więcej przestrzeni